Płynę jak Szczupak


jump

Jakiż to gorąc w puszczy darżlubskiej, ucieczka na dni kilka, na tydzień niecały od przykrych codziennych niedoli. Od obowiązków bez sensu i racji, mozolnych trudów, bolesnej rutyny, od szefów, sąsiadów, przyjaciół, rodziny, od polityki, medialnego szajsu, cudzych opinii, od tego, że musisz, że powinieneś, że ZUS-u wciąż nie masz, a przebojowe piosenki trafiają się z rzadka, że kierat, samotność, że musisz się zbadać, bo rak i prostata, a piersi twej lubej co roku w jakiejś maszynie miażdżone być muszą, promienie X przez nie przechodzą, i nerki, i matka, i dzieci, i narkotyki, i seks, i gomora, antykoncepcja – musisz uważać, i że Europa już nas nie kocha. Tego wszystkiego w puszczy darżlubskiej ja nie chcę.
Tutaj rzecz ma się zgoła inaczej, wczoraj wieczorem po dniu na wskroś upalnym poszedłem zażyć kąpieli marzeń. Jezioro Dobre ciepłe, zielone, do swego wnętrza wpuściło mnie czule, jakaż to słodycz, jakie spełnienie, słońce odbija się w falach tak drobnych, migocą cząstki wodoru i tlenu, a ciało tak naturalnie, swobodnie i żwawo płynie jak szczupak – bez celu, łagodnie. Syty i jędrny nurkuję w odmętach, Boże, cóż to za wspaniałe, błogie doznanie, i wiem to na pewno, że żadnymi słowami tego uczucia przekazać się nie da drugiej istocie, choć chciałbym tak bardzo podzielić się z Tobą tym tłustym kąskiem, tym kontent zupełnym.


pike

Potem na brzegu, na mchu tak soczystym wdycham atomy wody, powietrza, skanuję brzozy, dęby i świerki, fokus na kaczkę ze swoją świtą – policzyłem, dziewięć pisklaków i matka dumnie, lecz z zaciekawieniem przepływa blisko, kątem zerkając na mnie ufnie, jak siedzę i kontempluję matkę naturę. Lecz nagle słyszę dzikie skowyty, które dochodzą z drugiego brzegu. Istny performance, rzecz niebywała: kilku młodzieńców nagich zupełnie skacze do wody, chór, drze się wniebogłosy, kaszubską melodię mają te krzyki, blondyni i rudzi, jak Szwedzi zupełnie, pijani rzucają w siebie puszkami, kiełbasy się pieką na sosnowych szyszkach, męska ekstaza, rzecz niepojęta, jak tak bez kobiet bawić się można? Ten duch dionizyjski w kaszubskich młokosach obudził się z siłą przepotężną, moc z na pół zdziczałej puszczy na pewno czerpią, wola życiowa, zupełnie ślepa w swojej naturze, dała swój wyraz w tych męskich ciałach, pełnych wigoru, młodości pełnych, jeszcze nie wiedzą, co począć mają, co z tą męskością, gdzie włożyć trzeba – ale po co im wiedzieć, miłość jest ślepa. Prędzej czy później doświadczą przecież skutków swych działań na sobie boleśnie, teraz jest wiosna, nie ma wyboru, siła natury, jej są poddani i skakać będą do wody nadzy, i rzucać bulwami z ogniska się będą, plując do wody, nie myśląc o tym, co jutro, nie myśląc wcale. Tacy bezmyślni i doskonali w swoim otwarciu na życie, w swoim braterstwie bezpieczni i pewni, pewni siebie nawzajem, że ten rudy blondyn za drugim w ogień by skoczył i gdy trza będzie, odda życie za druha. On życie swoje za swojego brata bez mrugnięcia okiem da natychmiast. Bo to jest gatunek, rasa blond ryża, co ginęła w puszczy ponad pół wieku temu, to są prawnuki, jurne potomki moich dziadów, matek chluba i ozdoba.


diver

I gdy tak siedziałem na brzegu, patrząc z zachwytem, tęsknota dopadła mnie niepojęta. Biorę telefon i dzwonię do lubej i mówię o wodzie, o powalającym uroku natury, o faunie, florze i dzikiej kąpieli.
Ona mi na to uważaj na glony, uważaj na skórę i wszelkie infekcje, to jest ta pora, gdzie uważać trzeba na wszelką zarazę, na szerszenie, gady, choróbska ukryte, na kleszcze i burze, i dzień miałam słaby. Po kilku zdaniach zaraz mi ZUS przed oczami staje, zamiast na dźwięk tak zmysłowy innego przecie coś stawać zgoła powinno. Nikt mnie dziś przecież nie zabezpiecza, a starszy jestem, młodszym nie będę, choćbym maraton przebiegł niejeden i włosy siwe zaczął farbować, nic nie pomoże, żadne fitnesy i diety paskudne, umrzeć trza będzie kiedyś na pewno. Ale póki co, żyję! Wzywam Was, wzywam Babki i Dziady moje z tej ziemi świętej, z puszczy darżlubskiej, z ziemi przywidzkiej, dajcie mi siłę i taką odwagę, bym mógł się kąpać nago zupełnie i bulwy wyciągać łapami z ogniska, nie bać się, że rzęsy mi spłoną i łysina ze mną zwycięży. Jebać Dębki i całą tę świtę, jebać bohemę i ten artyzm cały, jebać to wszystko, moje kochanie. Nikt nam odwagi dziś nie odbierze, bo trza odwagi, by kochać świat ten cudny i okrutny zarazem. I choć czasami lęki w niewole swą biorą, całe to nasze tchórzliwe jestestwo, to wierzę, że mamy odwagi bez liku, trza się dokopać do skarbnicy cennej i jebać te nasze demony codzienne, jebać, kochanie, jebać to wszystko.