Odrażająco brudny i zły

Oglądałem telewizję przez tydzień, może dłużej, jadłem, piłem i nie myślałem zbyt wiele. Gapiłem się na mrugające światełka zupełnie jak nasze koty gapią się na przelatujące sikorki za oknem. Jesienna deprecha listopadowe zbiera żniwa – pomyślałem. Kłótnie z ukochaną, rozdrażnienie, być może nawet głęboko skrywana niechęć do bliźnich i siebie samego – z perwersyjną lubością godzinami okaleczałem swą zadżumioną mózgownicę.
Gdybym był kobietą, w życiu na takiego faceta bym nie spojrzał, istne uosobienie wszystkiego, co odrażające, brudne i złe. Bezwolny gnom w starym zapierdziałym dresie.
Facet musi mieć jakąś pracę, pomyślałem, a nie układać głupie piosenki przez większość swojego życia, czytać filozofów i dziewiętnastowieczną literaturę piękną, nierób jeden. „To dla pedałów ten cały Mickiewicz i Chopin” jak mawiał Mirek Żyleta, mój przyjaciel z ławy szkolnej, za którego kiedyś życie bym oddał. Pewnie dziś wylewa parujący asfalt w mglisty listopadowy poranek gdzieś na polskich drogach nieopodal Ostródy. Ileż on miał w sobie życiowej siły i niczym nieokiełzanego wigoru w tym krępym, silnym i dzikim ciele!
Hitler też miał energię, choć był paskudnym wymoczkiem, tyle lat na totalnym wkurwie to nie lada wyczyn – pomyślałem, oglądając kolejny dokument o mrocznej charyzmie Führera. Potem niezwykle zajmujący film o zdobyciu Konstantynopola przez Mehmeda Drugiego. Miał zaledwie dziewiętnaście lat, gdy stanął na brzegu Bosforu, władał biegle pięcioma językami, czytał dzieła filozofów w oryginale, znał grekę i łacinę, kochał kwiaty i nie przepadał za kobietami. Był odważnym, brutalnym i okrutnym pogromcą chrześcijan. A wszystko to takie ciekawe i niesamowite, zdumiewające nawet bym powiedział.
A ja niczego nie podbiłem, może jedynie oko jednemu pryszczatemu wyrostkowi w podstawówce, ale on też nie był mi dłużny i mi z impetem rozkwasił nos. Jucha ciekła i ciekła na białą koszulę. Nie zagrałem w ten dzień pieśni partyzanckiej na uroczystym szkolnym apelu. Mój lśniący czerwony rosyjski akordeon pozostał w futerale. No nic to, zgłodniałem troszeczkę, może teraz jakaś mała fikuśna kanapeczka z majonezikiem, serem, może ogóreczek kiszony, herbatka z cytrynką. Potem siedzę jak beton przy „Jeden z dziesięciu”, kilka razy zgadłem, więcej razy jednak nie, i na co te lata nauki, na co te zainteresowania wszechstronne, skoro w pierwszej rundzie bym odpadł. Chyba teraz kawusia, bo mnie coś muli, a do kawusi coś słodkiego być musi, a tu nic, na chacie żadnych słodyczy, co za porażka…
Szybko, szybko, czym prędzej do kibelka, bo zaraz niezwykle interesujący reportaż o ludziach, którzy mieszkają w odludnej dziczy na srogiej Alasce. Za oknem szaruga, ale nie jest źle, pomyślałem, skoczę może po lody i czekoladę do sklepu, a potem może samogwałt i poczucie winy, które nie opuści mnie już chyba nigdy. Później będę aspirował do bycia uduchowionym. Szczere wyznanie win wszelakich przed obliczem wiecznie niemego absolutu dobrze mi zrobi, że to nie ja, że ja jestem dobry, nie zły, i że to „Trygław zgruchotał te nagrobki, a nie ja”, że tak naprawdę to marzy mi się życie w jakimś klasztorze na jakiejś skale, w harmonii z przyrodą, jaszczurkami, ptactwem wszelakim w towarzystwie wygiętych sosen i akacji. A więc przez kilka godzin postanawiam odgrywać Eremitę głaszczącego koty. Wyłączam telewizor, gotuję skromną strawę, popijam postną zieloną herbatką i zanurzam się w religijnej lekturze. Zmywam naczynia, sprzątam pokój i przygotowuję się na „Wieczne łowy”. Jestem czysty, świadom swojej grzesznej natury, lecz przyodziewam zbroję cierpliwości, z determinacją niczym nieustraszony muzułmański wojownik będę siekał jataganem swoje pogańskie myśli i za nic, ale to za nic nie ulegnę lenistwu. Będę myślał o Twoich, a nie o swoich problemach, bo tak trzeba, tak jest dobrze, tak głosi ukryte prawo wszechświata. Poszukam jakiejś nowej roboty, precz z muzyką, precz z tym całym artyzmem, precz z mentalnym burdelem.
Trzeba myśleć jasno i prosto, praca fizyczna – tego mi trzeba. Jak popracuję z szuflą przy śniegu, to wszystkie głupoty mi z głowy wylecą. Więc póki co wypolerowałem łazienkę na błysk, zostało mi jeszcze odkurzenie przedpokoju, szybko dać kotom pasztecik, jestem już dość zmęczony, a za chwilę przecież „Kropka nad i” z Moniką Olejnik, potem trzeba szybko przerzucić na Ale Kino, bo tam za dwadzieścia minut zaczyna się kolejny odcinek szwedzkiego serialu o seryjnym mordercy.
Przemyć twarz zimną wodą, wskoczyć w obszerny swojski dresik, piwko, kanapki z suchą krakowską i korniszon, a na deser słodkawy śledzik w sosie majonezowym. Ci zimni Szwedzi, oni wiedzą, jak się zwycięża, jak się rozpala pierwotne instynkty. Śledzikami i kryminalną intrygą złamali mą wątłą słowiańską wolę. Trzy odcinki pod rząd z przerwą na reklamy, istny potop, lecz wiem, że jest dla mnie jeszcze szansa, jakaś nadzieja. Jasnej Góry za nic nie oddam, kablówkę odłączę i polskie seriale kryminalne zacznę oglądać, a wtedy to już na pewno koniec z telewizją i do roboty w końcu się wezmę.

Leave a Reply