Nigdy nie brałem LSD

Thurstone Moore (Sonic Youth)

Miałem dzisiaj dziwny sen. Śnił mi się Thurston Moore, który oprowadzał mnie po zakamarkach Nowego Jorku. Byłem przeszczęśliwy i onieśmielony chłopięcą charyzmą starzejącej się gwiazdy muzyki alternatywnej. Wyższy ode mnie o głowę, w niezniszczalnych trampkach i flanelowej kraciastej koszuli sunął na przestrzał czarnymi ulicami Brooklynu, Queens, schodziliśmy całe Long Island. Ledwo co nadążałem za moim idolem. Rozmawialiśmy jak starzy przyjaciele o muzyce, kobietach, polskiej kuchni i o jego bolesnym rozstaniu z Kim Gordon. Czułem się jak jego ukochany młodszy brat z dalekiego wschodu.
Lecz nagle niebo pociemniało, brunatne budynki złowrogo się do nas zbliżyły, Thurston znienacka nachylił się nade mną i szeptem zapytał: Po chuj ci to wszystko? Dlaczego piszesz tak słabe piosenki?
Nie mogłem uwierzyć, myślałem, że śnię (dobre, co nie?). Nastąpił nokaut, a potem powolne liczenie.
Myślałem, że zdechnę, że nie uda mi się ustać na rozedrganych nogach, strzelił mi prosto w serce. Poczułem się nikim przy moim bożyszczu. Gdyby jakiś gryzipiór lub nieudaczny awangardowy grajek zadał mi tak bezczelne pytanie, za nic miałbym taką zniewagę. Lecz to Thurston Moore wypowiedział te miażdżące słowa, król gitarowego zgiełku, skromny, prawdziwy i ultra wyrobiony we wszelakich dziedzinach nowojorskiej sztuki, o których istnieniu nawet nie miałem pojęcia. Spojrzał się na mnie z politowaniem, zapalił papierosa, zaciągnął się solidnie i wypuszczając niebieskie kółeczka, wycedził leniwie: albo te twoje grafomańskie teksty, o czym one kurwa mówią, co chcesz przekazać drugiemu człowiekowi? Ten kawałek z nowej płyty, co tam niedawno nagraliście – nawet niezły. Pat fajny riff wymyślił, ale ten początek, to intro, ta pseudo etiopska gitarka – pożal się Boże. Marta fajnie napisała pierwszą zwrotkę, ale ty musiałeś wszystko spierdolić swoimi wypocinami, jak to leci… „w twoich oczach błyszczą słońc” i dalej „powieki powlekane złotem, zlizuję z policzka łzę”. Co to kurwa jest, Wersal jakiś, Król Słońce, Ludwik XIV, co to za chłam?
Milczeliśmy przez chwilę, która dla mnie była całą wiecznością, patrzyłem bezmyślnie na jego brudne markowe trampki i z trudem próbowałem złapać oddech, w końcu usiadłem na chodniku i patrząc w górę, błagalnym tonem zapytałem: Co robić, co mam zrobić teraz z tym wszystkim?
Spojrzał na mnie łagodnie, uśmiechnął się i szelmowskim tonem oznajmił: Udaj się do Grześka Skawińskiego, który buduje studio nieopodal ciebie, zegnij kark, ukorz się, idź tam z Martą z poczęstunkiem, z chlebem i solą, powitaj go jak trzeba, jak najlepszego sąsiada. Poproś o radę, zapytaj, jak się osiąga sukces. Zapytaj grzecznie: Panie Grzegorzu, co robię nie tak? Dlaczego?… dlaczego to wszystko takie ciężkie, mozolne i między palcami się rozłazi? Panie Grześku, królu złoty, dlaczego jestem taki pojebany, mało zdolny i na gitarze ledwo co gram?

Thurstone Moore z płytą Wild Books

Jeżeli zaś chcesz grać prawdziwą muzykę, taką z krwi i kości, zapytaj chłopaków z Nagrobków, Szelestu Spadających Papierków czy Wild Books, jak się gra prawdziwego rock and rolla. Z tymi ostatnimi widziałem się niedawno przy okazji jakiegoś festiwalu w Polsce. Brzmią tak jak trzeba, mają dobry groove i wiedzą, jak się dobrze ubrać. Spójrz na siebie, na swoją misiowatą fryzurę, na te żenujące czerwone buciki, zapytaj Grześka z Wild Books, jak zrobić trwałą i jak się gra prawdziwą gitarową muzykę bez napinki.
I nagle jeb! poczułem bolesne uderzenie w pierś, po kilku sekundach zrozumiałem, co się stało: zostałem obudzony przez Kikę, naszą kociczkę kochaną, która wskoczyła z impetem na klatę swojego pana. Byłem cały zlany potem, zniknął Brooklyn i Manhattan, pojawiło się Migowo i śpiew spod prysznica za ścianą – to Jolka, nasza zgrabna sąsiadka, szykowała się do pracy. Zrzuciłem Kikę, wstałem, wsadziłem głowę pod zimną wodę, napiłem się kawy i postanowiłem posłuchać Wild Books i Nagrobków. Po wysłuchaniu kilku kawałków pomyślałem – to jest to, do nich teraz świat należy! Po kilku minutach z pewną obawą wsunąłem nową płytę Kobiet do odtwarzacza CD, rozkręciłem na cały regulator swoją starą wierzę hi-fi i odpaliłem utwór LSD, ten, o którym mówił Thurston. Po trzech minutach unosiłem się nad światem, drzewa za oknem promieniowały złotym blaskiem, poczułem bezgraniczna miłość do ludzi, zwierząt i całej planety, szybowałem w złotej chmurze razem z Królem Midasem, „Nigdy nie brałam LSD, ale tak chyba ten stan wygląda” – śpiewała delikatnym głosem Marta, ta słodka dziewczyna z Trójmiasta. Pomyślałem: Thurstonie Moore, królu złoty, myliłeś się, ta piosenka jest świetna, powalająca, pełna miłości, mocy i piękna. Intro doskonałe, słowa świetliste, niewinne i szczere, nawet jeśli straciłem poczucie rzeczywistości i nie widzę rzeczy zbyt realnie, to czuję dobro bijące z tych nieokiełzanych, dzikich dźwięków. Po takiej dawce energii chcesz objąć i przyjąć do domu wszystkich uchodźców, chcesz dać pyska Antoniemu Macierewiczowi i nakarmić wszystkie głodne psy.

Grzegorz Wiernicki (Wild Books)

W jednym z moich ulubionych filmów braci Cohen „Bracie, gdzie jesteś?” jeden z bohaterów, który ma obsesję na punkcie swojej eleganckiej fryzury (George Clooney) pociesza swojego towarzysza ucieczki z więzienia: wrócimy do domu, posmarujemy włosy pomadą i świat wyda się piękniejszy. Już za kilka dni będziecie mogli posłuchać studyjnej wersji utworu LSD, idźcie do domu, posmarujcie włosy pomadą, odpalcie swoje hi-fi, nastawcie utwór numer 6 z płyty „Podarte sukienki”, a świat z pewnością wyda się Wam piękniejszy.

One Comment

Leave a Reply