LSD u krawca Wiśniewskiego

By 2 października 2015 Bez kategorii No Comments
Wynika to chyba ze zmęczenia, ale ostatnio miewam momenty, gdzie sen miesza się z realem, a stare duchy przeszłości powracają w nowych okolicznościach miejskich. Siedzę w gdyńskiej knajpie „Śródmieście“, na ulicy, na której się wychowałam. Rozkoszuję się niedzielnym, wrześniowym słońcem ocieplającym stare mury. Na przeciwko widzę sklep z winami i czytam maksymę: oszczędzaj wodę, pij wino. Nawet to do mnie przemawia. Miejsce, w którym teraz znajduje się winiarnia, powracało często w moich snach, jako zakład krawiecki, właścicielem którego był młody rudy żyd. O co chodzi? Kompletnie nie wiem, bo do Gdyni przybyło chyba niewielu Żydów. Patrzę na tę ulicę przez nagrzaną szybę i jestem pewna, że był tam zakład krawiecki. Ulica taka sama, jak za moich czasów, nawet ściany domów pozostały tak samo szare, tylko ludzie w knajpie inni. Miejsce zmęczonych komuną obywateli PRL-u, zajęli młodzi, mili hipsterzy i pary z dziećmi. Słuchając ich chwilę, mam smutne wrażenie, że niewiele mają sobie i swoim maluchom do powiedzenia. Większość zatopiona w małych, błękitnych ekranach. Nie zamierzam jednak narzekać, bo chcę kochać wszystkie istoty tak samo i raz na zawsze pozbyć się paskudnego nawyku narzekania, zwłaszcza, że rozczula mnie niewinność młodości. Myślami powracam do duchów z przeszłości, tajemniczego krawca ze snu i łączę osnowę z wątkiem…
Moja prababcia była krawcową, moja babcia jest krawcową, moja mama czasem uszyła spódnicę z kontrafałdą. Nie mogło być inaczej, również i ja musiałam zapisać się na kurs kroju i szycia, żeby snuć dalej tę pokoleniową nić. A kurs oczywiście odbywa się jedną ulicę dalej od miejsca, w którym aktualnie obiaduję, w pobliżu zakładu słynnego krawca z Gdyni, pana Wiśniewskiego, który uszył mi kiedyś marynarkę taką, że nigdy potem…
I tak to siedzę sobie w gdyńskiej knajpie „Śródmieście“, w zagłębiu krawiectwa z sennych marzeń, zajadam się zupą z pietruszki i selera oraz rozkoszuję hipsterskim humusem. Kontempluję stare, szare mury, które mają w pamięci wietrzne gdyńskie lata, pielgrzymkę papieża Jana Pawła do Gdyni, codzienną moją drogę do szkół przeróżnych, nostalgię jesieni i walkę o przetrwanie zimą, wiatr który hula od morza, papierosowy dym w „Cyganerii“, rozruchy i płonące race latem 1980, szubienice wyrysowane czerwonym pisakiem przy numerach mieszkań w naszej windzie, wódkę na ósmym piętrze, po której strasznie się rzygało oraz krawiectwo lekkie i ciężkie w zakładzie najsłynniejszego krawca na świecie, pana Wiśniewskiego. I smutno mi jakoś, choć wiem, że to wszystko jest snem. Żal mi starych wełnianych materiałów i kunsztu, który już zanika. Nigdy nie brałam LSD, ale tak chyba ten stan wygląda. Ponoć Chińczycy, gdy kupują nowy dom, obijają ściany kijami, żeby wygnać z nich wszystkie wspomnienia. Jestem pewna, że ściany domów miast posiadają pamięć i może dobrze byłoby czasem zrobić im taki reset. Gdyńskie dzieciaki byłyby szczęśliwsze. Pojawia się jednak myśl kusząca, aby szukać dalej w sennej bezużytecznej przeszłości śladów tożsamości i plemiennej przynależności, więc jeśli ktoś z Was zna rzetelne źródło informacji o szczegółowej historii najstarszych gdyńskich ulic, to napiszcie proszę do mnie.

Leave a Reply