Category Archives: Bez kategorii

Płynę jak Szczupak

By | Bez kategorii | No Comments


jump

Jakiż to gorąc w puszczy darżlubskiej, ucieczka na dni kilka, na tydzień niecały od przykrych codziennych niedoli. Od obowiązków bez sensu i racji, mozolnych trudów, bolesnej rutyny, od szefów, sąsiadów, przyjaciół, rodziny, od polityki, medialnego szajsu, cudzych opinii, od tego, że musisz, że powinieneś, że ZUS-u wciąż nie masz, a przebojowe piosenki trafiają się z rzadka, że kierat, samotność, że musisz się zbadać, bo rak i prostata, a piersi twej lubej co roku w jakiejś maszynie miażdżone być muszą, promienie X przez nie przechodzą, i nerki, i matka, i dzieci, i narkotyki, i seks, i gomora, antykoncepcja – musisz uważać, i że Europa już nas nie kocha. Tego wszystkiego w puszczy darżlubskiej ja nie chcę.
Tutaj rzecz ma się zgoła inaczej, wczoraj wieczorem po dniu na wskroś upalnym poszedłem zażyć kąpieli marzeń. Jezioro Dobre ciepłe, zielone, do swego wnętrza wpuściło mnie czule, jakaż to słodycz, jakie spełnienie, słońce odbija się w falach tak drobnych, migocą cząstki wodoru i tlenu, a ciało tak naturalnie, swobodnie i żwawo płynie jak szczupak – bez celu, łagodnie. Syty i jędrny nurkuję w odmętach, Boże, cóż to za wspaniałe, błogie doznanie, i wiem to na pewno, że żadnymi słowami tego uczucia przekazać się nie da drugiej istocie, choć chciałbym tak bardzo podzielić się z Tobą tym tłustym kąskiem, tym kontent zupełnym.


pike

Potem na brzegu, na mchu tak soczystym wdycham atomy wody, powietrza, skanuję brzozy, dęby i świerki, fokus na kaczkę ze swoją świtą – policzyłem, dziewięć pisklaków i matka dumnie, lecz z zaciekawieniem przepływa blisko, kątem zerkając na mnie ufnie, jak siedzę i kontempluję matkę naturę. Lecz nagle słyszę dzikie skowyty, które dochodzą z drugiego brzegu. Istny performance, rzecz niebywała: kilku młodzieńców nagich zupełnie skacze do wody, chór, drze się wniebogłosy, kaszubską melodię mają te krzyki, blondyni i rudzi, jak Szwedzi zupełnie, pijani rzucają w siebie puszkami, kiełbasy się pieką na sosnowych szyszkach, męska ekstaza, rzecz niepojęta, jak tak bez kobiet bawić się można? Ten duch dionizyjski w kaszubskich młokosach obudził się z siłą przepotężną, moc z na pół zdziczałej puszczy na pewno czerpią, wola życiowa, zupełnie ślepa w swojej naturze, dała swój wyraz w tych męskich ciałach, pełnych wigoru, młodości pełnych, jeszcze nie wiedzą, co począć mają, co z tą męskością, gdzie włożyć trzeba – ale po co im wiedzieć, miłość jest ślepa. Prędzej czy później doświadczą przecież skutków swych działań na sobie boleśnie, teraz jest wiosna, nie ma wyboru, siła natury, jej są poddani i skakać będą do wody nadzy, i rzucać bulwami z ogniska się będą, plując do wody, nie myśląc o tym, co jutro, nie myśląc wcale. Tacy bezmyślni i doskonali w swoim otwarciu na życie, w swoim braterstwie bezpieczni i pewni, pewni siebie nawzajem, że ten rudy blondyn za drugim w ogień by skoczył i gdy trza będzie, odda życie za druha. On życie swoje za swojego brata bez mrugnięcia okiem da natychmiast. Bo to jest gatunek, rasa blond ryża, co ginęła w puszczy ponad pół wieku temu, to są prawnuki, jurne potomki moich dziadów, matek chluba i ozdoba.


diver

I gdy tak siedziałem na brzegu, patrząc z zachwytem, tęsknota dopadła mnie niepojęta. Biorę telefon i dzwonię do lubej i mówię o wodzie, o powalającym uroku natury, o faunie, florze i dzikiej kąpieli.
Ona mi na to uważaj na glony, uważaj na skórę i wszelkie infekcje, to jest ta pora, gdzie uważać trzeba na wszelką zarazę, na szerszenie, gady, choróbska ukryte, na kleszcze i burze, i dzień miałam słaby. Po kilku zdaniach zaraz mi ZUS przed oczami staje, zamiast na dźwięk tak zmysłowy innego przecie coś stawać zgoła powinno. Nikt mnie dziś przecież nie zabezpiecza, a starszy jestem, młodszym nie będę, choćbym maraton przebiegł niejeden i włosy siwe zaczął farbować, nic nie pomoże, żadne fitnesy i diety paskudne, umrzeć trza będzie kiedyś na pewno. Ale póki co, żyję! Wzywam Was, wzywam Babki i Dziady moje z tej ziemi świętej, z puszczy darżlubskiej, z ziemi przywidzkiej, dajcie mi siłę i taką odwagę, bym mógł się kąpać nago zupełnie i bulwy wyciągać łapami z ogniska, nie bać się, że rzęsy mi spłoną i łysina ze mną zwycięży. Jebać Dębki i całą tę świtę, jebać bohemę i ten artyzm cały, jebać to wszystko, moje kochanie. Nikt nam odwagi dziś nie odbierze, bo trza odwagi, by kochać świat ten cudny i okrutny zarazem. I choć czasami lęki w niewole swą biorą, całe to nasze tchórzliwe jestestwo, to wierzę, że mamy odwagi bez liku, trza się dokopać do skarbnicy cennej i jebać te nasze demony codzienne, jebać, kochanie, jebać to wszystko.

Miłość, słońce, wiatr…

By | Bez kategorii | No Comments

Dużo butelek wina pękło, zanim mogłem poczuć się w miarę bezpiecznie i spędzić trzeźwy dzień z moją ukochaną, patrząc bez wstydu w jej wielkie, ciemne oczy. Zostałem ustrzelony jak dzikie zwierzę. Raziła mnie pędząca z prędkością światła rozdygotana strzała Amora.

Tak, utrata kontroli dla neurotyka jest bolesna, lecz ma pewien posmak słodkiej masochistycznej perwersji. Utracić kontrolę wbrew sobie, wbrew własnej wątłej i kruchej woli – to takie niemęskie. Tak szybko, gwałtownie, znienacka dostać cios między gały i tylko światłość, i tylko Bóg, on jest miłością. Dla egoisty i neurotyka miłość jest słodkim cierpieniem, dla tego, kto utracił kontrolę zupełnie, miłość jest wszystkim.
Świat przemawia do niego sekretnym alfabetem, palce falują jak minarety na wietrze, a wierzby nad Wisłą szumią jak dźwięki płynące z pianina Manzarka, którego matka Helena pochodząca ze smutnej Polski nie skąpiła grosza na muzyczną edukację błękitnookiego Raya.
Gdy miałem piętnaście, może szesnaście lat, słuchałem na okrągło Doorsów, odurzałem się grafomańskimi tekstami narcystycznego Jima. Słoneczna Kalifornia, soczyste pomarańcze, bitnicy, Allen Ginsberg i jego pedalska poezja, kochałem to, kochałem „Kryształowy statek” pełen zidiociałych, naćpanych, beztroskich dziewcząt i chłopców, o których śpiewał Morrison. Dionizyjska ekstaza, zmysłów wyczerpanie, Król Jaszczur w przepoconych skórzanych spodniach miotający się po scenie. Śmierć o brzasku u schyłku lata, z ukochaną leżącą obok na rozgrzanym piasku, i tylko ocean, słońce i Bóg, który jest miłością. Lecz przecież Boga zabił sfrustrowany Niemiec, który panicznie bał się kobiet, niejaki Fryderyk Nietzsche, którym tak zachwycał się nastoletni Jim, niejeden raz przyglądający się z lubością swojemu odbiciu w lustrze, przybierając przy tym pozy Aleksandra Wielkiego. Za jego przykładem przeczytałem „Tako rzecze Zaratustra” i psychodeliczną prozę Hermana Hessego – „Wilka stepowego” i „Grę szklanych paciorków” pochłonąłem w kilka jesiennych wieczorów.
W zimnym Trójmieście Bałtyk był płynnym punktem granicznym, końcem mojego fizycznego świata. Czytałem „Sonety krymskie”, odlatywałem z Pilotem Pirxem w bezkresne przestrzenie wyobraźni pana Stanisława, płynąłem z nurtem rzeki Kongo wprost do jądra ciemności Josepha Conrada, zupełnie tracąc kontrolę nad moim robotniczo-katolickim światopoglądem. Pierwsza połowa lat osiemdziesiątych, wyzwalający punk rock, Deadlock i wąsy Marka Piekarczyka, który na falach eteru rozświetlał ostatnimi zapałkami twarz swojej ukochanej. Byłem opóźniony w rozwoju co najmniej o kilkanaście lat. Nie przepadałem za hipisami, ale Doorsi i poezja bitników miała w sobie wielką moc wulgarnego piękna, i tę tęskną romantyczną nutę, którą odnajdywałem w moim rodzinnym nadmorskim krajobrazie.

(Jack Kerouac, Allen Ginsberg and William S. Burroughs)

Tak jak już wspomniałem, dużo czerwonego wina musiałem wypić, bym mógł na trzeźwo spojrzeć w oczy mojej ukochanej, którą spotkałem po dwudziestu latach od mojej dawno minionej romantycznej epoki. Powoli wracałem do siebie, wracałem do niej. Miłość, lęk przed stratą, zazdrość, pożądanie i ta wstydliwa słabość, Jezusie Nazareński, jak ja się bałem, zaraz rozerwie mnie na strzępy to niefortunne spotkanie, przecież jestem facetem dojrzałym, po przejściach, po co mi to niechciane miłosne bombardowanie, zdychanie z rozkoszy – myślałem. Istny nalot dywanowy, moje ego w strzępach, Drezno płonie!!! „Co z nami będzie pod koniec lata, spali nas słońce sierpniowe”. W głowie miałem słowa tlenionego na blond, miotającego się między płonącymi świecami lub w towarzystwie roztańczonych czarnoskórych chórzystek Stinga: „If you love somebody set them free” – śpiewał cały w podskokach i pląsach. Trafiło mu się to jedno zdanie jak ślepej kurze ziarno. Można by je wyryć pazurem na Giewoncie, na Rysach, na matemblewskim papieskim ołtarzu.
Jak to zrobić, jak odpuścić, jak się poddać, jak dać komuś wolność i kochać na zabój, na śmierć?
Wojna, wojna, Drezno płonie!!! Dać jej wolność to zabić siebie, tego małego, zalęknionego, kaszubsko-polsko-niemiecko-katolickiego, spaczonego hetero -mentalno-niedouczonego kundla. Miłość, wojna, wiatr – tak śpiewałbym, gdybym był prawdziwym rycerzem, gdybym był asyryjskim wojownikiem. Aszur – bóg wojny i słońca, stwórca świata, potężny demon silniejszy od Lucyfera – nie jest moim stworzycielem. Ja piszę banalne piosenki, wojnę zamieniam w słońce. Słońce jest Kobietą, jest Matką, a nie brodatym dziadem z łukiem, który gnębi i zniewala bezbronne niewiasty.
Mnie stworzyli Małgosia i Bernard pod koniec lat sześćdziesiątych gdzieś w rozpieprzonym Gdańsku. W tym czasie Doorsi zaczynali grać swoje pierwsze próby na Venice Beach w Los Angeles.

The Doors 1966 „In the beginning we were creating our music, ourselves, every night…starting with a few outlines, maybe a few words for a song. Sometimes we worked out in Venice, looking at the surf.”

Bananowi jankesi na kalifornijskiej plaży, bohaterowie psychicznie rozdartych nastolatków komunistycznej Europy Wschodniej. Znalazłem niedawno u mojej mamy zapisany nieuporządkowany strumień świadomości w wyblakłym szesnastostronicowym zeszycie w kratkę, podpisany niebieskim długopisem: Grzegorz Nawrocki, Matematyka klasa VIII a „Ty i ja to zimna wojna światów równoległych, ciche wyniszczanie, chcę słońca i wiatru, chcę się poddać, chce przegrać, chcę zostać u Ciebie, chcę spać pod stołem w Twojej cieplej kuchni, chcę zniknąć, otwórz lufcik, niech mnie rozwieje….”, a pod spodem rozmazane napisy The Doors, The Stranglers, Brygada Kryzys i nieudacznie narysowany akt płciowy. O zgrozo! O, Jimie, gdzie jesteś, mój Ty bohaterze, gdzie jesteś, mój bracie?… Po coś mnie zaraził swą grafomanią, po coś śpiewał swym zniewalającym barytonem swe smutne miłosne piosenki?

Odrażająco brudny i zły

By | Bez kategorii | No Comments
Oglądałem telewizję przez tydzień, może dłużej, jadłem, piłem i nie myślałem zbyt wiele. Gapiłem się na mrugające światełka zupełnie jak nasze koty gapią się na przelatujące sikorki za oknem. Jesienna deprecha listopadowe zbiera żniwa – pomyślałem. Kłótnie z ukochaną, rozdrażnienie, być może nawet głęboko skrywana niechęć do bliźnich i siebie samego – z perwersyjną lubością godzinami okaleczałem swą zadżumioną mózgownicę.
Gdybym był kobietą, w życiu na takiego faceta bym nie spojrzał, istne uosobienie wszystkiego, co odrażające, brudne i złe. Bezwolny gnom w starym zapierdziałym dresie.
Facet musi mieć jakąś pracę, pomyślałem, a nie układać głupie piosenki przez większość swojego życia, czytać filozofów i dziewiętnastowieczną literaturę piękną, nierób jeden. „To dla pedałów ten cały Mickiewicz i Chopin” jak mawiał Mirek Żyleta, mój przyjaciel z ławy szkolnej, za którego kiedyś życie bym oddał. Pewnie dziś wylewa parujący asfalt w mglisty listopadowy poranek gdzieś na polskich drogach nieopodal Ostródy. Ileż on miał w sobie życiowej siły i niczym nieokiełzanego wigoru w tym krępym, silnym i dzikim ciele!
Hitler też miał energię, choć był paskudnym wymoczkiem, tyle lat na totalnym wkurwie to nie lada wyczyn – pomyślałem, oglądając kolejny dokument o mrocznej charyzmie Führera. Potem niezwykle zajmujący film o zdobyciu Konstantynopola przez Mehmeda Drugiego. Miał zaledwie dziewiętnaście lat, gdy stanął na brzegu Bosforu, władał biegle pięcioma językami, czytał dzieła filozofów w oryginale, znał grekę i łacinę, kochał kwiaty i nie przepadał za kobietami. Był odważnym, brutalnym i okrutnym pogromcą chrześcijan. A wszystko to takie ciekawe i niesamowite, zdumiewające nawet bym powiedział.
A ja niczego nie podbiłem, może jedynie oko jednemu pryszczatemu wyrostkowi w podstawówce, ale on też nie był mi dłużny i mi z impetem rozkwasił nos. Jucha ciekła i ciekła na białą koszulę. Nie zagrałem w ten dzień pieśni partyzanckiej na uroczystym szkolnym apelu. Mój lśniący czerwony rosyjski akordeon pozostał w futerale. No nic to, zgłodniałem troszeczkę, może teraz jakaś mała fikuśna kanapeczka z majonezikiem, serem, może ogóreczek kiszony, herbatka z cytrynką. Potem siedzę jak beton przy „Jeden z dziesięciu”, kilka razy zgadłem, więcej razy jednak nie, i na co te lata nauki, na co te zainteresowania wszechstronne, skoro w pierwszej rundzie bym odpadł. Chyba teraz kawusia, bo mnie coś muli, a do kawusi coś słodkiego być musi, a tu nic, na chacie żadnych słodyczy, co za porażka…
Szybko, szybko, czym prędzej do kibelka, bo zaraz niezwykle interesujący reportaż o ludziach, którzy mieszkają w odludnej dziczy na srogiej Alasce. Za oknem szaruga, ale nie jest źle, pomyślałem, skoczę może po lody i czekoladę do sklepu, a potem może samogwałt i poczucie winy, które nie opuści mnie już chyba nigdy. Później będę aspirował do bycia uduchowionym. Szczere wyznanie win wszelakich przed obliczem wiecznie niemego absolutu dobrze mi zrobi, że to nie ja, że ja jestem dobry, nie zły, i że to „Trygław zgruchotał te nagrobki, a nie ja”, że tak naprawdę to marzy mi się życie w jakimś klasztorze na jakiejś skale, w harmonii z przyrodą, jaszczurkami, ptactwem wszelakim w towarzystwie wygiętych sosen i akacji. A więc przez kilka godzin postanawiam odgrywać Eremitę głaszczącego koty. Wyłączam telewizor, gotuję skromną strawę, popijam postną zieloną herbatką i zanurzam się w religijnej lekturze. Zmywam naczynia, sprzątam pokój i przygotowuję się na „Wieczne łowy”. Jestem czysty, świadom swojej grzesznej natury, lecz przyodziewam zbroję cierpliwości, z determinacją niczym nieustraszony muzułmański wojownik będę siekał jataganem swoje pogańskie myśli i za nic, ale to za nic nie ulegnę lenistwu. Będę myślał o Twoich, a nie o swoich problemach, bo tak trzeba, tak jest dobrze, tak głosi ukryte prawo wszechświata. Poszukam jakiejś nowej roboty, precz z muzyką, precz z tym całym artyzmem, precz z mentalnym burdelem.
Trzeba myśleć jasno i prosto, praca fizyczna – tego mi trzeba. Jak popracuję z szuflą przy śniegu, to wszystkie głupoty mi z głowy wylecą. Więc póki co wypolerowałem łazienkę na błysk, zostało mi jeszcze odkurzenie przedpokoju, szybko dać kotom pasztecik, jestem już dość zmęczony, a za chwilę przecież „Kropka nad i” z Moniką Olejnik, potem trzeba szybko przerzucić na Ale Kino, bo tam za dwadzieścia minut zaczyna się kolejny odcinek szwedzkiego serialu o seryjnym mordercy.
Przemyć twarz zimną wodą, wskoczyć w obszerny swojski dresik, piwko, kanapki z suchą krakowską i korniszon, a na deser słodkawy śledzik w sosie majonezowym. Ci zimni Szwedzi, oni wiedzą, jak się zwycięża, jak się rozpala pierwotne instynkty. Śledzikami i kryminalną intrygą złamali mą wątłą słowiańską wolę. Trzy odcinki pod rząd z przerwą na reklamy, istny potop, lecz wiem, że jest dla mnie jeszcze szansa, jakaś nadzieja. Jasnej Góry za nic nie oddam, kablówkę odłączę i polskie seriale kryminalne zacznę oglądać, a wtedy to już na pewno koniec z telewizją i do roboty w końcu się wezmę.

Pod nami rzeka

By | Bez kategorii | No Comments
Marek Kamiński przepłynął kajakiem Wisłę – o tym myślałem, siedząc na warszawskim bulwarze i gapiąc się na szarobrunatną wodę pędzącą wprost do Bałtyku. Marek Kamiński. Jak ja mu zazdroszczę. Wiele razy się zastanawiałem, czy można bez przeszkód przepłynąć całą Wisłę. Taka jest różnica między Markiem Kamińskim a mną. Ja się zastanawiam, on robi. Ja myślę o nieprzebytych szlakach, on nimi chodzi – cóż za wspaniała harmonia, myśli i czyny jednoczą się w jedno. Zwycięstwo ducha nad materią pod postacią nieustraszonego pana Marka. Siedząc nad Wisłą, rozmyślałem, że kiedyś miałem okazję uścisnąć prawicę tego wielkiego zdobywcy, była to jednak sytuacja ze wszech miar żenująca. Byłem wówczas po spożyciu sporej dawki południowoafrykańskiego wina. Wychodząc z wernisażu Marty Handschke, rozpoznałem postać zbliżającą się do drzwi galerii, rzuciłem się jak szczupak z wyciągniętą dłonią w kierunku wysokiego mężczyzny, krzyknąłem: Pan Marek?! On przystanął na chwilę, kiwnął potakująco głową, na co ja wystrzeliłem: Kocham Pana, szacun!!! Uśmiechnął się, potrząsnął moją dłonią i oddalił w kierunku wystawy. Marta z Kosmą zapakowali mnie do taksówki, a na resztę tej historii spuszczam kurtynę milczenia, nie chcę o tym pamiętać.
Takie oto myśli zaprzątały moją głowę, gdy spoglądałem w pieniące się wiry szarobrunatnej Wisły. Chociaż bywałem w Warszawie niezliczoną liczbę razy, pierwszy raz miałem tyle czasu, by poddać się nurtowi niczym nieskrępowanej przyrodniczej kontemplacji. Siedem dni słońca wykorzystałem do bólu. Nie „rozchodziłem butów na całodziennych spieszeniach”, raptem kilka wywiadów, kilka piw z przyjaciółmi, kawa i drożdżowe grzebienie z jabłkiem wczesnym rankiem na Żoliborzu, a przed północą parę kebabów. Resztę czasu poświęciłem mojej nowej miłości – szarobrunatnej Wiśle.
Wychowałem się nad morzem, a jedyną rzeką, którą znałem, była Martwa Wisła, gdzie ogromne maszyny piłowały statki. Istny industrial, smoliste podkłady kolejowe i rdzawe wagony na przecznicy w Gdańsku Przeróbce, gdzie spędziłem kilka dzikich lat dzieciństwa u moich kochanych dziadków, wujków, cioć i pijaków. Było cudownie, skakaliśmy na główkę z narąbanym wujkiem Jankiem do oleistego kanału, patrząc z podziwem na iskrzące się, spawane kolosy na drugim brzegu kanału. Statki większe niż wszystkie bloki, które wyrastały w Trójmieście, wielkie jak katedra oliwska, jak kościół Mariacki, zmaterializowane, majestatyczne zwieńczenie myśli inżynierów żeglugi morskiej. Byłem porażony tym pięknem i dźwiękami dobiegającymi ze stoczni, to była muzyka ogromnych metalowych istot, wielkich jak góry. Przyrody nie dostrzegałem, była tłem, liczył się tylko industrial, dymiące kominy Siarkopolu na tle promienistego błękitu nieba, ten obraz na dobre wrył mi się w moją mózgową matrycę.
Inaczej było na jelitkowskiej plaży, gdzie kąpałem się z meduzami w zimnym Bałtyku, inaczej w Sopocie, gdy pacholęciem będąc spędziłem w sanatorium pół roku, lecząc swoje nadszarpnięte chorobą stawy. Rurki z kremem na Monciaku – za nie oddałbym wszystko – i ci gładcy faceci w jasnych ubrankach, którzy niczym niewiasty dbali o swoją nieskazitelną aparycję, tego wcześniej nie znałem. Trochę jak teraz w Warszawie w modnych lokalach, gdzie królują wszechobecne brody i kitki, a w powietrzu roznoszą się zapachy męskich perfum. Jada się to, co wegańskie i organiczne, piękne Polki pochłaniają z lubością bezglutenowe ciasta. Pomyślałem: Jakim ja jestem wieśniakiem, żrę kebaby po nocach i nie mam obycia. Co prawda w Trójmieście jest masa milusich knajpeczek z kawusią wegańską i pastelową muzyczką, ja w nich jednak bywam z rzadka, bo wolę morze i lasy, a na modzie się nie znam.
Więc w eleganckiej stolicy czułem się, jak bym za granicą się znalazł, szczególnie na Żoliborzu, gdzie starsze panie i panowie noszą się z ujmującą elegancją, wyprostowani i szlachetni niczym międzywojenni poeci. Taki chciałbym być na starość, pomyślałem, lecz czy ja, dziecię plebsu, mam szansę dokonać takiej transformacji? Nawet marynarki porządnej nie mam, a w koszulach z długim rękawem jest mi za gorąco. Nie mówiąc już o gryzących kamizelkach z szetlandzkiej wełny, które nosiłem za młodu. No i czy pożyję tak długo?
Zupełnie inaczej rzecz się ma nad Wisłą, gdzie czuję się swobodnie, przestrzennie i błogo, tu sport, rekreacja, wagary, randki, i namiętne czytanie.
Na rowerach mozolnie pedałują przygrubawi spoceni faceci w obcisłych spodenkach. Wyfryzowani, jurni młodzieńcy i hałaśliwe, pewne siebie dziewczęta spacerują beztrosko. Romantyczne blondynki w jasnych prochowcach, całkowicie zanurzone w lekturze, nie zwracają uwagi na nikogo. Wędkarze przyodziani w przepocone moro moczą swoje cieniutkie wędki, znudzeni czekając na swoje ofiary. Policyjna motorówka dryfuje bez sensu, co oni tam robią w ten słoneczny dzień, może jedzą kanapki? I to za nasze pieniądze, za nasze podatki!
Myślałem o litrach wiślanej wody, które wypił podczas swojej wyprawy Marek Kamiński, o moim dziadku Bernardzie, z którym spaliliśmy sobie plecy, gdy on sączył gorzki płyn, a ja oranżadę w upalne południe przy ujściu Wisły. Myślałem o tysiącach par oczu wpatrujących się w tej chwili w tę samą, a jednak zawsze inną płynącą rzekę. Myślałem o miłych Hindusach, których spotkałem na Przylądku Dobrej Nadziei, w miejscu, gdzie mieszają się ze sobą dwa oceany, o gejowskiej plaży w Cape Town, gdzie wylądowaliśmy nieświadomi niczego z pięknym młodziutkim Kosmą, który stał się obiektem kilkunastu spojrzeń.
Myślałem o kilkugodzinnej jeździe rozklekotanym autobusem wzdłuż turkusowej rzeki w Sikkime u podnóża Himalajów, o Marcie, która jest teraz na obiedzie z jakimś facetem w Gdańsku nad Motławą, o cioci Teresie, rdzennej Kaszubce, która wczoraj opuściła naszą planetę, (kochała dobrze zjeść i pośpiewać sobie na niedzielnych nieszporach), o smakowitych kopytkach z leśnymi grzybami na kolacji u Zuzy i Bartka na Mokotowie. Myślałem też o Pawle Nowickim, który mieszka w Gdańsku Brzeźnie we wspaniałym poniemieckim zamczysku dwieście metrów od morza. Tam z Kobietami mieliśmy próby przez kilka lat, było cudownie, w przerwach pochłanialiśmy kotlety jajeczne w barze Perełka. To właśnie Paweł przyniósł na próbę minimalistyczny, hipnotyczny utwór, który umieściliśmy na naszej ostatniej płycie. Pod nami rzeka – tak go nazwałem, z tym mi się kojarzy, z płynącą rzeką pod nami, z rzeką myśli, odczuć, tęsknot i namiętności. Płynące obrazy, nieustające myśli o przeszłości i przyszłości. Płynące obrazy bez żadnej substancji, fotografie mózgu, miasta, ludzie, powietrze i woda w nieustającym ruchu. Tak jak Wisła, która zatrzymała mnie w jednym momencie. W jednej chwili byłem całkowicie kontent. Zupełnie poddałem się nurtowi rzeki, niczego nie chciałem, tylko siedzieć i gapić się w szarobrunatną wodę, czuć słońce na twarzy i słyszeć krzyczące gawrony unoszące się na wietrze, to był cały mój kosmos. Mówię to w czasie przeszłym, ale czas nie istnieje, rzeka pod nami wciąż płynie, jest nieskończona. Wróciłem do Trójmiasta i słyszę dzwony kościelne bijące w Mgowie, siedzę w Warszawie nad Wisłą, gapiąc się na wzburzone wiry, ciocia Teresa pasie krowy na wiecznych pastwiskach, ubija tłuste masło, a Marek Kamiński wciąż idzie szlakiem świętego Jakuba do Santiago de Compostela, zdobywa dwa bieguny i płynie kajakiem do Gdańska.

LSD u krawca Wiśniewskiego

By | Bez kategorii | No Comments
Wynika to chyba ze zmęczenia, ale ostatnio miewam momenty, gdzie sen miesza się z realem, a stare duchy przeszłości powracają w nowych okolicznościach miejskich. Siedzę w gdyńskiej knajpie „Śródmieście“, na ulicy, na której się wychowałam. Rozkoszuję się niedzielnym, wrześniowym słońcem ocieplającym stare mury. Na przeciwko widzę sklep z winami i czytam maksymę: oszczędzaj wodę, pij wino. Nawet to do mnie przemawia. Miejsce, w którym teraz znajduje się winiarnia, powracało często w moich snach, jako zakład krawiecki, właścicielem którego był młody rudy żyd. O co chodzi? Kompletnie nie wiem, bo do Gdyni przybyło chyba niewielu Żydów. Patrzę na tę ulicę przez nagrzaną szybę i jestem pewna, że był tam zakład krawiecki. Ulica taka sama, jak za moich czasów, nawet ściany domów pozostały tak samo szare, tylko ludzie w knajpie inni. Miejsce zmęczonych komuną obywateli PRL-u, zajęli młodzi, mili hipsterzy i pary z dziećmi. Słuchając ich chwilę, mam smutne wrażenie, że niewiele mają sobie i swoim maluchom do powiedzenia. Większość zatopiona w małych, błękitnych ekranach. Nie zamierzam jednak narzekać, bo chcę kochać wszystkie istoty tak samo i raz na zawsze pozbyć się paskudnego nawyku narzekania, zwłaszcza, że rozczula mnie niewinność młodości. Myślami powracam do duchów z przeszłości, tajemniczego krawca ze snu i łączę osnowę z wątkiem…
Moja prababcia była krawcową, moja babcia jest krawcową, moja mama czasem uszyła spódnicę z kontrafałdą. Nie mogło być inaczej, również i ja musiałam zapisać się na kurs kroju i szycia, żeby snuć dalej tę pokoleniową nić. A kurs oczywiście odbywa się jedną ulicę dalej od miejsca, w którym aktualnie obiaduję, w pobliżu zakładu słynnego krawca z Gdyni, pana Wiśniewskiego, który uszył mi kiedyś marynarkę taką, że nigdy potem…
I tak to siedzę sobie w gdyńskiej knajpie „Śródmieście“, w zagłębiu krawiectwa z sennych marzeń, zajadam się zupą z pietruszki i selera oraz rozkoszuję hipsterskim humusem. Kontempluję stare, szare mury, które mają w pamięci wietrzne gdyńskie lata, pielgrzymkę papieża Jana Pawła do Gdyni, codzienną moją drogę do szkół przeróżnych, nostalgię jesieni i walkę o przetrwanie zimą, wiatr który hula od morza, papierosowy dym w „Cyganerii“, rozruchy i płonące race latem 1980, szubienice wyrysowane czerwonym pisakiem przy numerach mieszkań w naszej windzie, wódkę na ósmym piętrze, po której strasznie się rzygało oraz krawiectwo lekkie i ciężkie w zakładzie najsłynniejszego krawca na świecie, pana Wiśniewskiego. I smutno mi jakoś, choć wiem, że to wszystko jest snem. Żal mi starych wełnianych materiałów i kunsztu, który już zanika. Nigdy nie brałam LSD, ale tak chyba ten stan wygląda. Ponoć Chińczycy, gdy kupują nowy dom, obijają ściany kijami, żeby wygnać z nich wszystkie wspomnienia. Jestem pewna, że ściany domów miast posiadają pamięć i może dobrze byłoby czasem zrobić im taki reset. Gdyńskie dzieciaki byłyby szczęśliwsze. Pojawia się jednak myśl kusząca, aby szukać dalej w sennej bezużytecznej przeszłości śladów tożsamości i plemiennej przynależności, więc jeśli ktoś z Was zna rzetelne źródło informacji o szczegółowej historii najstarszych gdyńskich ulic, to napiszcie proszę do mnie.

Nigdy nie brałem LSD

By | Bez kategorii | One Comment

Thurstone Moore (Sonic Youth)

Miałem dzisiaj dziwny sen. Śnił mi się Thurston Moore, który oprowadzał mnie po zakamarkach Nowego Jorku. Byłem przeszczęśliwy i onieśmielony chłopięcą charyzmą starzejącej się gwiazdy muzyki alternatywnej. Wyższy ode mnie o głowę, w niezniszczalnych trampkach i flanelowej kraciastej koszuli sunął na przestrzał czarnymi ulicami Brooklynu, Queens, schodziliśmy całe Long Island. Ledwo co nadążałem za moim idolem. Rozmawialiśmy jak starzy przyjaciele o muzyce, kobietach, polskiej kuchni i o jego bolesnym rozstaniu z Kim Gordon. Czułem się jak jego ukochany młodszy brat z dalekiego wschodu.
Lecz nagle niebo pociemniało, brunatne budynki złowrogo się do nas zbliżyły, Thurston znienacka nachylił się nade mną i szeptem zapytał: Po chuj ci to wszystko? Dlaczego piszesz tak słabe piosenki?
Nie mogłem uwierzyć, myślałem, że śnię (dobre, co nie?). Nastąpił nokaut, a potem powolne liczenie.
Myślałem, że zdechnę, że nie uda mi się ustać na rozedrganych nogach, strzelił mi prosto w serce. Poczułem się nikim przy moim bożyszczu. Gdyby jakiś gryzipiór lub nieudaczny awangardowy grajek zadał mi tak bezczelne pytanie, za nic miałbym taką zniewagę. Lecz to Thurston Moore wypowiedział te miażdżące słowa, król gitarowego zgiełku, skromny, prawdziwy i ultra wyrobiony we wszelakich dziedzinach nowojorskiej sztuki, o których istnieniu nawet nie miałem pojęcia. Spojrzał się na mnie z politowaniem, zapalił papierosa, zaciągnął się solidnie i wypuszczając niebieskie kółeczka, wycedził leniwie: albo te twoje grafomańskie teksty, o czym one kurwa mówią, co chcesz przekazać drugiemu człowiekowi? Ten kawałek z nowej płyty, co tam niedawno nagraliście – nawet niezły. Pat fajny riff wymyślił, ale ten początek, to intro, ta pseudo etiopska gitarka – pożal się Boże. Marta fajnie napisała pierwszą zwrotkę, ale ty musiałeś wszystko spierdolić swoimi wypocinami, jak to leci… „w twoich oczach błyszczą słońc” i dalej „powieki powlekane złotem, zlizuję z policzka łzę”. Co to kurwa jest, Wersal jakiś, Król Słońce, Ludwik XIV, co to za chłam?
Milczeliśmy przez chwilę, która dla mnie była całą wiecznością, patrzyłem bezmyślnie na jego brudne markowe trampki i z trudem próbowałem złapać oddech, w końcu usiadłem na chodniku i patrząc w górę, błagalnym tonem zapytałem: Co robić, co mam zrobić teraz z tym wszystkim?
Spojrzał na mnie łagodnie, uśmiechnął się i szelmowskim tonem oznajmił: Udaj się do Grześka Skawińskiego, który buduje studio nieopodal ciebie, zegnij kark, ukorz się, idź tam z Martą z poczęstunkiem, z chlebem i solą, powitaj go jak trzeba, jak najlepszego sąsiada. Poproś o radę, zapytaj, jak się osiąga sukces. Zapytaj grzecznie: Panie Grzegorzu, co robię nie tak? Dlaczego?… dlaczego to wszystko takie ciężkie, mozolne i między palcami się rozłazi? Panie Grześku, królu złoty, dlaczego jestem taki pojebany, mało zdolny i na gitarze ledwo co gram?

Thurstone Moore z płytą Wild Books

Jeżeli zaś chcesz grać prawdziwą muzykę, taką z krwi i kości, zapytaj chłopaków z Nagrobków, Szelestu Spadających Papierków czy Wild Books, jak się gra prawdziwego rock and rolla. Z tymi ostatnimi widziałem się niedawno przy okazji jakiegoś festiwalu w Polsce. Brzmią tak jak trzeba, mają dobry groove i wiedzą, jak się dobrze ubrać. Spójrz na siebie, na swoją misiowatą fryzurę, na te żenujące czerwone buciki, zapytaj Grześka z Wild Books, jak zrobić trwałą i jak się gra prawdziwą gitarową muzykę bez napinki.
I nagle jeb! poczułem bolesne uderzenie w pierś, po kilku sekundach zrozumiałem, co się stało: zostałem obudzony przez Kikę, naszą kociczkę kochaną, która wskoczyła z impetem na klatę swojego pana. Byłem cały zlany potem, zniknął Brooklyn i Manhattan, pojawiło się Migowo i śpiew spod prysznica za ścianą – to Jolka, nasza zgrabna sąsiadka, szykowała się do pracy. Zrzuciłem Kikę, wstałem, wsadziłem głowę pod zimną wodę, napiłem się kawy i postanowiłem posłuchać Wild Books i Nagrobków. Po wysłuchaniu kilku kawałków pomyślałem – to jest to, do nich teraz świat należy! Po kilku minutach z pewną obawą wsunąłem nową płytę Kobiet do odtwarzacza CD, rozkręciłem na cały regulator swoją starą wierzę hi-fi i odpaliłem utwór LSD, ten, o którym mówił Thurston. Po trzech minutach unosiłem się nad światem, drzewa za oknem promieniowały złotym blaskiem, poczułem bezgraniczna miłość do ludzi, zwierząt i całej planety, szybowałem w złotej chmurze razem z Królem Midasem, „Nigdy nie brałam LSD, ale tak chyba ten stan wygląda” – śpiewała delikatnym głosem Marta, ta słodka dziewczyna z Trójmiasta. Pomyślałem: Thurstonie Moore, królu złoty, myliłeś się, ta piosenka jest świetna, powalająca, pełna miłości, mocy i piękna. Intro doskonałe, słowa świetliste, niewinne i szczere, nawet jeśli straciłem poczucie rzeczywistości i nie widzę rzeczy zbyt realnie, to czuję dobro bijące z tych nieokiełzanych, dzikich dźwięków. Po takiej dawce energii chcesz objąć i przyjąć do domu wszystkich uchodźców, chcesz dać pyska Antoniemu Macierewiczowi i nakarmić wszystkie głodne psy.

Grzegorz Wiernicki (Wild Books)

W jednym z moich ulubionych filmów braci Cohen „Bracie, gdzie jesteś?” jeden z bohaterów, który ma obsesję na punkcie swojej eleganckiej fryzury (George Clooney) pociesza swojego towarzysza ucieczki z więzienia: wrócimy do domu, posmarujemy włosy pomadą i świat wyda się piękniejszy. Już za kilka dni będziecie mogli posłuchać studyjnej wersji utworu LSD, idźcie do domu, posmarujcie włosy pomadą, odpalcie swoje hi-fi, nastawcie utwór numer 6 z płyty „Podarte sukienki”, a świat z pewnością wyda się Wam piękniejszy.

Jeden facet to za mało

By | Bez kategorii | No Comments
Kobiety w mojej rodzinie, a jest ich nie mało, właściwie większość, uważają że mężczyzna jest kobiecie potrzebny po to, żeby coś naprawić lub ukręcić ciasto na biszkopt. Moja była terapeutka twierdziła z kolei, że mężczyzna jest kobiecie potrzebny dla przyjemności. Bardziej podoba mi się ta druga teoria, choć i przyjemności jedzenia tortu na biszkoptowym cieście sobie nie odmówię.
Pierwsza dama filmu polskiego za czasów PRL-u, muza Andrzeja Wajdy, Beata Tyszkiewicz, na zadane jej pytanie, do czego jest potrzebny mężczyzna, odpowiedziała: mężczyzna? Kobieta powinna mieć ich co najmniej trzech. Jednego do reprezentacji. Jakiej reprezentacji? Sportowej? Ładny być On musi, ale nie za ładny, żeby był trochę ładniejszy od małpy. I żeby był miłym dla oka tłem, przyozdabiał kobietę, jak dyskretna biżuteria. Każdy ją dostrzeże, zwłaszcza jeśli wzrok zmierza ku głębokiemu dekoltowi. Widziałam ostatnio jakąś komedię romantyczną z Umą Thurman. Wylegiwała się frywolnie na kozetce u psychoterapeutki, która (o zgrozo!) była matką jej chłopaka. Oczywiście podstępna baba – Meryl Streep – nic jej o tym nie powiedziała. Drżącą ręką sięgała po szklankę wody, kiedy niedoszła synowa opowiadała z zachwytem o kształcie penisa jej bogobojnego, żydowskiego potomka. Białą szyję Umy, przyozdabiał fantastyczny złoty wisior.
No właśnie. Ten pierwszy z trzech mężczyzn kobiety, à la sportowiec, powinien mieć jeszcze spore zasoby pieniężne, oczywiście nie obchodzi nas, jak zdobywane. Czasem powinien obdarować nas jakimś frymuśnym, dyndającym między cyckami, prezencikiem.
A co z drugim panem, droga pani Beatko? Drugi naturalnie do łóżka. Taki jurny jaguar albo cichy lisek. Dużo mówić nie musi, nawet do łóżka niekoniecznie trzeba z nim pójść, bo to wiadomo, w zależności od cyklu miesięcznego różnie z nami bywa. Byleby On tylko czasem po główce nas pogłaskał i powiedział: wszystko będzie dobrze, nie martw się tak bardzo. Żeby uspokajał nas z wielką pewnością, bo On przecież wiedziałby. Ukryte moce jasnowidzące by miał i krótkie przebłyski dotyczące przyszłości. Wizje, w których widziałby, że zawsze będziemy piękne i młode, nigdy się nie odkształcimy i nigdy nie będziemy cierpieć. A planeta, cały ten łez padół, będzie nas potrzebować do życia, jak samego Słońca. I widziałby to On bez żadnych narkotyków oczywiście. Żadnej ajahuaski i znajomości sekretów Don Juana.
No dobrze, sekcje sportowe mamy załatwione. Sekcja spektakularnej koszykówki z Magic Johnsonem i sekcja relaksacyjnej jogi z głaskaniem gratis. Pozostał jeszcze trzeci facio.
Ten trzeci to musi być przyjaciel-filozof. Żeby tak można z Nim było w miłej kawiarni w Gdańsku na Starówce wpompowywać kofeinę w żyłę godzinami, a potem pójść z Nim na spacer na słoneczną ulicę Długą, a może jeszcze dalej… A taką Długą, to my proszę Państwa mamy jedyną w całej Polsce. Ulica Długa posiada dwie bramy, na początku i na końcu. Polscy królowie (co już takich mężczyzn nie znajdzie się nigdzie, przenigdzie), jedną bramą wjeżdżali na ogierach arabskich, ech! Jechali dumni, że taki Gdańsk wspaniały i na Morze się otwiera i nie oddamy go nigdy hordom barbarzyńskim! A potem wyjeżdżali drugą bramą, sławiąc chwałę Gdańska na rozległe niziny i wyżyny ziem polskich! O tym i o innym byśmy z przyjacielem-filozofem gaworzyli sobie. A w żyłę, dalej mała czarna by się sączyła i upajała nas szczęściem ulotnym. Być może potem, jeśli piękna pogoda by się nadarzyła, pojechalibyśmy sobie na Przeróbkę rowerami. Kanał zobaczyć i czarne okręty błyszczące w słońcu podziwiać, ich monumentalizm i majestatyczność. One siwy dym by wydmuchiwały z siebie kominami wielkimi, a my niebieski byśmy wciągali nad kanałem tym mistycznym. Albo do lasu byśmy poszli, gdzie ludzi mało spaceruje i tylko zwierzęta zza zieloności by nas obserwowały. Tam byśmy gadali o przemijaniu, o dobrym życiu i naszych zgniłych nosach za pięćdziesiąt lat. Taki przyjaciel na „bezplan” to trzeci mężczyzna kobiety.
A co z miłością pani Beatko? To już nie można być z tym jednym, jedynym do końca życia. Tym jedynym pani Beato, tym mądrym, bogatym i pięknym Królem Polski na koniu arabskim… Czy można?
Pani B. nawet się nie uśmiechnęła, no a ile może pani zjeść z tym jedynym tych serów, bułek i jajecznic na śniadanie?
Byłam kiedyś, świeżo po rozstaniu z pewnym ukochanym, na domowym Sylwestrze, wokół prawie same wieloletnie pary tańcowały, wino popijały. Przysiadłam z dwoma koleżankami, również samotnymi na stylowej kanapie, a nieopodal pewien stateczny mężczyzna przyglądał się nam z zainteresowaniem. Spytał więc innego pana: dlaczego takie trzy wspaniałe kobiety są tutaj same. Na co jedna z koleżanek odparła: czy powiedziałeś mu już, że wszystkich naszych facetów wykończyłyśmy?

Wielki Wybuch

By | Bez kategorii | No Comments
Niemiecki pancernik Schleswig-Holstein 76 lat temu wystrzelił ze swoich lśniących dział do naszych dzielnych przodków, piętnaście kilometrów od miejsca w którym teraz żyję. Nie ulegliśmy zagładzie i mamy się całkiem dobrze. Stukam w czarne klawisze  laptopa i popijam kawkę. To, że pomimo ciężkiej pracy nad sobą przez ostatnie dziesięć lat, mam nic nieznaczące emocjonalne zawirowania i chciałbym sąsiadowi sprzedać liścia, to pryszcz. Życzę mu wszystkiego najlepszego, choć kundel ukryty we mnie chciałby pokąsać jego chude łydki. Nie zniszczę jego roślinek i nie zgwałcę żony, nie będziemy się nawzajem eksterminować. Napiszę kolejną piosenkę lub przebiegnę dwadzieścia kilometrów w pobliskim lesie. Lub jebnę pilotami od huczącego telewizora prosto w kolorowe kuchenne kafelki. Potem będzie mi przykro pomodlę się o przebaczenie i będę miał poczucie winy. Lepiej tak, niż strzelać z dział jak mawiał mój dziadek gdy po trzech dniach chlania wracał do domu. Ja, zamiast chlania nagrywam kolejne płyty. Świat jest pełen wysublimowanej agresji wciąż mu wszystkiego mało.
Za mało płyt, za mało książek, filmów, poradników, przewodników, trenerów personalnych, ciuchów do biegania, piosenkarzy i blogerów. Za mało powiedziałem, za mało wykrzyczałem, za mało bochenków chleba zjadłem, za mało zwierząt udręczyłem, samochodów zajechałem, butów rozchodziłem, kobiet unieszczęśliwiłem.
Świat wybucha swym przepychem, my eksplodujemy z nim, jesteśmy jego wybuchową częścią.
Nagraliśmy płytę w trzy miesiące. Zimą muzyka, wiosną słowa, latem tzw. szata graficzno wizualna, ale jak wiadomo nie szata zdobi człowieka, jesienią dopełnimy cykl i światło dzienne ujrzy nasza nowa płyta.
Skąd w człowieku ta nieustanna chęć rozmnażania, pomnażania, niczym nieskrępowanej mentalno-cielesnej kopulacji? Zróbmy zdjęcia całemu światu, niech nie zostanie nic nieujrzanego! Zjedzmy wszystko, co jest do zjedzenia na tej planecie i zróbmy fotkę z tej gigantycznej uczty! Wyślijmy ją wszystkim, żeby potwierdzić nasze istnienie. Wypowiedzmy wszystkie słowa zapisane we wszystkich słownikach świata, niech docenią naszą elokwencję. Skąd ten uciążliwy, nieskończony egocentryzm? Studnia bez dna, a w niej ja.:) Może to Natura porami z nas się wylewa, na powierzchnię chce wypełznąć. Ta przedziwna kombinacja przemocy i miłości, okraszona poczuciem winy i brutalnym buntem zwierzęcia zamkniętego w człowieku. „Kot zaszyty w psie” jak mawiał Ryszard trójmiejski poeta.
Czy mamy Wam coś moi kochani przyjaciele, rodacy i słuchacze muzyki alternatywnej, oprócz tych banałów do przekazania? TAK, życie jest dziwne, piękne, straszne, czyli nie wiadomo jakie. Oto wielka tajemnica wiary. Jest rok 2015 wciąż żyjemy, kochamy, chcemy grać, śpiewać i wysyłać dźwięki w bezkresny Eter. Liście zielenieją, czerwienieją, złocą się, spadają i na nowo pęcznieją. Nie chcemy prezydenta, ani generała, nie chcemy papieża, cara ani wojny, którą wywołują mężczyźni. Jesteśmy Kobietami i mamy swoją królową jest nią nasza nowa muzyka. Tylko Przyroda może nas poskromić.