All posts by Marta Handschke

LSD u krawca Wiśniewskiego

By | Bez kategorii | No Comments
Wynika to chyba ze zmęczenia, ale ostatnio miewam momenty, gdzie sen miesza się z realem, a stare duchy przeszłości powracają w nowych okolicznościach miejskich. Siedzę w gdyńskiej knajpie „Śródmieście“, na ulicy, na której się wychowałam. Rozkoszuję się niedzielnym, wrześniowym słońcem ocieplającym stare mury. Na przeciwko widzę sklep z winami i czytam maksymę: oszczędzaj wodę, pij wino. Nawet to do mnie przemawia. Miejsce, w którym teraz znajduje się winiarnia, powracało często w moich snach, jako zakład krawiecki, właścicielem którego był młody rudy żyd. O co chodzi? Kompletnie nie wiem, bo do Gdyni przybyło chyba niewielu Żydów. Patrzę na tę ulicę przez nagrzaną szybę i jestem pewna, że był tam zakład krawiecki. Ulica taka sama, jak za moich czasów, nawet ściany domów pozostały tak samo szare, tylko ludzie w knajpie inni. Miejsce zmęczonych komuną obywateli PRL-u, zajęli młodzi, mili hipsterzy i pary z dziećmi. Słuchając ich chwilę, mam smutne wrażenie, że niewiele mają sobie i swoim maluchom do powiedzenia. Większość zatopiona w małych, błękitnych ekranach. Nie zamierzam jednak narzekać, bo chcę kochać wszystkie istoty tak samo i raz na zawsze pozbyć się paskudnego nawyku narzekania, zwłaszcza, że rozczula mnie niewinność młodości. Myślami powracam do duchów z przeszłości, tajemniczego krawca ze snu i łączę osnowę z wątkiem…
Moja prababcia była krawcową, moja babcia jest krawcową, moja mama czasem uszyła spódnicę z kontrafałdą. Nie mogło być inaczej, również i ja musiałam zapisać się na kurs kroju i szycia, żeby snuć dalej tę pokoleniową nić. A kurs oczywiście odbywa się jedną ulicę dalej od miejsca, w którym aktualnie obiaduję, w pobliżu zakładu słynnego krawca z Gdyni, pana Wiśniewskiego, który uszył mi kiedyś marynarkę taką, że nigdy potem…
I tak to siedzę sobie w gdyńskiej knajpie „Śródmieście“, w zagłębiu krawiectwa z sennych marzeń, zajadam się zupą z pietruszki i selera oraz rozkoszuję hipsterskim humusem. Kontempluję stare, szare mury, które mają w pamięci wietrzne gdyńskie lata, pielgrzymkę papieża Jana Pawła do Gdyni, codzienną moją drogę do szkół przeróżnych, nostalgię jesieni i walkę o przetrwanie zimą, wiatr który hula od morza, papierosowy dym w „Cyganerii“, rozruchy i płonące race latem 1980, szubienice wyrysowane czerwonym pisakiem przy numerach mieszkań w naszej windzie, wódkę na ósmym piętrze, po której strasznie się rzygało oraz krawiectwo lekkie i ciężkie w zakładzie najsłynniejszego krawca na świecie, pana Wiśniewskiego. I smutno mi jakoś, choć wiem, że to wszystko jest snem. Żal mi starych wełnianych materiałów i kunsztu, który już zanika. Nigdy nie brałam LSD, ale tak chyba ten stan wygląda. Ponoć Chińczycy, gdy kupują nowy dom, obijają ściany kijami, żeby wygnać z nich wszystkie wspomnienia. Jestem pewna, że ściany domów miast posiadają pamięć i może dobrze byłoby czasem zrobić im taki reset. Gdyńskie dzieciaki byłyby szczęśliwsze. Pojawia się jednak myśl kusząca, aby szukać dalej w sennej bezużytecznej przeszłości śladów tożsamości i plemiennej przynależności, więc jeśli ktoś z Was zna rzetelne źródło informacji o szczegółowej historii najstarszych gdyńskich ulic, to napiszcie proszę do mnie.

Jeden facet to za mało

By | Bez kategorii | No Comments
Kobiety w mojej rodzinie, a jest ich nie mało, właściwie większość, uważają że mężczyzna jest kobiecie potrzebny po to, żeby coś naprawić lub ukręcić ciasto na biszkopt. Moja była terapeutka twierdziła z kolei, że mężczyzna jest kobiecie potrzebny dla przyjemności. Bardziej podoba mi się ta druga teoria, choć i przyjemności jedzenia tortu na biszkoptowym cieście sobie nie odmówię.
Pierwsza dama filmu polskiego za czasów PRL-u, muza Andrzeja Wajdy, Beata Tyszkiewicz, na zadane jej pytanie, do czego jest potrzebny mężczyzna, odpowiedziała: mężczyzna? Kobieta powinna mieć ich co najmniej trzech. Jednego do reprezentacji. Jakiej reprezentacji? Sportowej? Ładny być On musi, ale nie za ładny, żeby był trochę ładniejszy od małpy. I żeby był miłym dla oka tłem, przyozdabiał kobietę, jak dyskretna biżuteria. Każdy ją dostrzeże, zwłaszcza jeśli wzrok zmierza ku głębokiemu dekoltowi. Widziałam ostatnio jakąś komedię romantyczną z Umą Thurman. Wylegiwała się frywolnie na kozetce u psychoterapeutki, która (o zgrozo!) była matką jej chłopaka. Oczywiście podstępna baba – Meryl Streep – nic jej o tym nie powiedziała. Drżącą ręką sięgała po szklankę wody, kiedy niedoszła synowa opowiadała z zachwytem o kształcie penisa jej bogobojnego, żydowskiego potomka. Białą szyję Umy, przyozdabiał fantastyczny złoty wisior.
No właśnie. Ten pierwszy z trzech mężczyzn kobiety, à la sportowiec, powinien mieć jeszcze spore zasoby pieniężne, oczywiście nie obchodzi nas, jak zdobywane. Czasem powinien obdarować nas jakimś frymuśnym, dyndającym między cyckami, prezencikiem.
A co z drugim panem, droga pani Beatko? Drugi naturalnie do łóżka. Taki jurny jaguar albo cichy lisek. Dużo mówić nie musi, nawet do łóżka niekoniecznie trzeba z nim pójść, bo to wiadomo, w zależności od cyklu miesięcznego różnie z nami bywa. Byleby On tylko czasem po główce nas pogłaskał i powiedział: wszystko będzie dobrze, nie martw się tak bardzo. Żeby uspokajał nas z wielką pewnością, bo On przecież wiedziałby. Ukryte moce jasnowidzące by miał i krótkie przebłyski dotyczące przyszłości. Wizje, w których widziałby, że zawsze będziemy piękne i młode, nigdy się nie odkształcimy i nigdy nie będziemy cierpieć. A planeta, cały ten łez padół, będzie nas potrzebować do życia, jak samego Słońca. I widziałby to On bez żadnych narkotyków oczywiście. Żadnej ajahuaski i znajomości sekretów Don Juana.
No dobrze, sekcje sportowe mamy załatwione. Sekcja spektakularnej koszykówki z Magic Johnsonem i sekcja relaksacyjnej jogi z głaskaniem gratis. Pozostał jeszcze trzeci facio.
Ten trzeci to musi być przyjaciel-filozof. Żeby tak można z Nim było w miłej kawiarni w Gdańsku na Starówce wpompowywać kofeinę w żyłę godzinami, a potem pójść z Nim na spacer na słoneczną ulicę Długą, a może jeszcze dalej… A taką Długą, to my proszę Państwa mamy jedyną w całej Polsce. Ulica Długa posiada dwie bramy, na początku i na końcu. Polscy królowie (co już takich mężczyzn nie znajdzie się nigdzie, przenigdzie), jedną bramą wjeżdżali na ogierach arabskich, ech! Jechali dumni, że taki Gdańsk wspaniały i na Morze się otwiera i nie oddamy go nigdy hordom barbarzyńskim! A potem wyjeżdżali drugą bramą, sławiąc chwałę Gdańska na rozległe niziny i wyżyny ziem polskich! O tym i o innym byśmy z przyjacielem-filozofem gaworzyli sobie. A w żyłę, dalej mała czarna by się sączyła i upajała nas szczęściem ulotnym. Być może potem, jeśli piękna pogoda by się nadarzyła, pojechalibyśmy sobie na Przeróbkę rowerami. Kanał zobaczyć i czarne okręty błyszczące w słońcu podziwiać, ich monumentalizm i majestatyczność. One siwy dym by wydmuchiwały z siebie kominami wielkimi, a my niebieski byśmy wciągali nad kanałem tym mistycznym. Albo do lasu byśmy poszli, gdzie ludzi mało spaceruje i tylko zwierzęta zza zieloności by nas obserwowały. Tam byśmy gadali o przemijaniu, o dobrym życiu i naszych zgniłych nosach za pięćdziesiąt lat. Taki przyjaciel na „bezplan” to trzeci mężczyzna kobiety.
A co z miłością pani Beatko? To już nie można być z tym jednym, jedynym do końca życia. Tym jedynym pani Beato, tym mądrym, bogatym i pięknym Królem Polski na koniu arabskim… Czy można?
Pani B. nawet się nie uśmiechnęła, no a ile może pani zjeść z tym jedynym tych serów, bułek i jajecznic na śniadanie?
Byłam kiedyś, świeżo po rozstaniu z pewnym ukochanym, na domowym Sylwestrze, wokół prawie same wieloletnie pary tańcowały, wino popijały. Przysiadłam z dwoma koleżankami, również samotnymi na stylowej kanapie, a nieopodal pewien stateczny mężczyzna przyglądał się nam z zainteresowaniem. Spytał więc innego pana: dlaczego takie trzy wspaniałe kobiety są tutaj same. Na co jedna z koleżanek odparła: czy powiedziałeś mu już, że wszystkich naszych facetów wykończyłyśmy?