Monthly Archives: Marzec 2016

Miłość, słońce, wiatr…

By | Bez kategorii | No Comments

Dużo butelek wina pękło, zanim mogłem poczuć się w miarę bezpiecznie i spędzić trzeźwy dzień z moją ukochaną, patrząc bez wstydu w jej wielkie, ciemne oczy. Zostałem ustrzelony jak dzikie zwierzę. Raziła mnie pędząca z prędkością światła rozdygotana strzała Amora.

Tak, utrata kontroli dla neurotyka jest bolesna, lecz ma pewien posmak słodkiej masochistycznej perwersji. Utracić kontrolę wbrew sobie, wbrew własnej wątłej i kruchej woli – to takie niemęskie. Tak szybko, gwałtownie, znienacka dostać cios między gały i tylko światłość, i tylko Bóg, on jest miłością. Dla egoisty i neurotyka miłość jest słodkim cierpieniem, dla tego, kto utracił kontrolę zupełnie, miłość jest wszystkim.
Świat przemawia do niego sekretnym alfabetem, palce falują jak minarety na wietrze, a wierzby nad Wisłą szumią jak dźwięki płynące z pianina Manzarka, którego matka Helena pochodząca ze smutnej Polski nie skąpiła grosza na muzyczną edukację błękitnookiego Raya.
Gdy miałem piętnaście, może szesnaście lat, słuchałem na okrągło Doorsów, odurzałem się grafomańskimi tekstami narcystycznego Jima. Słoneczna Kalifornia, soczyste pomarańcze, bitnicy, Allen Ginsberg i jego pedalska poezja, kochałem to, kochałem „Kryształowy statek” pełen zidiociałych, naćpanych, beztroskich dziewcząt i chłopców, o których śpiewał Morrison. Dionizyjska ekstaza, zmysłów wyczerpanie, Król Jaszczur w przepoconych skórzanych spodniach miotający się po scenie. Śmierć o brzasku u schyłku lata, z ukochaną leżącą obok na rozgrzanym piasku, i tylko ocean, słońce i Bóg, który jest miłością. Lecz przecież Boga zabił sfrustrowany Niemiec, który panicznie bał się kobiet, niejaki Fryderyk Nietzsche, którym tak zachwycał się nastoletni Jim, niejeden raz przyglądający się z lubością swojemu odbiciu w lustrze, przybierając przy tym pozy Aleksandra Wielkiego. Za jego przykładem przeczytałem „Tako rzecze Zaratustra” i psychodeliczną prozę Hermana Hessego – „Wilka stepowego” i „Grę szklanych paciorków” pochłonąłem w kilka jesiennych wieczorów.
W zimnym Trójmieście Bałtyk był płynnym punktem granicznym, końcem mojego fizycznego świata. Czytałem „Sonety krymskie”, odlatywałem z Pilotem Pirxem w bezkresne przestrzenie wyobraźni pana Stanisława, płynąłem z nurtem rzeki Kongo wprost do jądra ciemności Josepha Conrada, zupełnie tracąc kontrolę nad moim robotniczo-katolickim światopoglądem. Pierwsza połowa lat osiemdziesiątych, wyzwalający punk rock, Deadlock i wąsy Marka Piekarczyka, który na falach eteru rozświetlał ostatnimi zapałkami twarz swojej ukochanej. Byłem opóźniony w rozwoju co najmniej o kilkanaście lat. Nie przepadałem za hipisami, ale Doorsi i poezja bitników miała w sobie wielką moc wulgarnego piękna, i tę tęskną romantyczną nutę, którą odnajdywałem w moim rodzinnym nadmorskim krajobrazie.

(Jack Kerouac, Allen Ginsberg and William S. Burroughs)

Tak jak już wspomniałem, dużo czerwonego wina musiałem wypić, bym mógł na trzeźwo spojrzeć w oczy mojej ukochanej, którą spotkałem po dwudziestu latach od mojej dawno minionej romantycznej epoki. Powoli wracałem do siebie, wracałem do niej. Miłość, lęk przed stratą, zazdrość, pożądanie i ta wstydliwa słabość, Jezusie Nazareński, jak ja się bałem, zaraz rozerwie mnie na strzępy to niefortunne spotkanie, przecież jestem facetem dojrzałym, po przejściach, po co mi to niechciane miłosne bombardowanie, zdychanie z rozkoszy – myślałem. Istny nalot dywanowy, moje ego w strzępach, Drezno płonie!!! „Co z nami będzie pod koniec lata, spali nas słońce sierpniowe”. W głowie miałem słowa tlenionego na blond, miotającego się między płonącymi świecami lub w towarzystwie roztańczonych czarnoskórych chórzystek Stinga: „If you love somebody set them free” – śpiewał cały w podskokach i pląsach. Trafiło mu się to jedno zdanie jak ślepej kurze ziarno. Można by je wyryć pazurem na Giewoncie, na Rysach, na matemblewskim papieskim ołtarzu.
Jak to zrobić, jak odpuścić, jak się poddać, jak dać komuś wolność i kochać na zabój, na śmierć?
Wojna, wojna, Drezno płonie!!! Dać jej wolność to zabić siebie, tego małego, zalęknionego, kaszubsko-polsko-niemiecko-katolickiego, spaczonego hetero -mentalno-niedouczonego kundla. Miłość, wojna, wiatr – tak śpiewałbym, gdybym był prawdziwym rycerzem, gdybym był asyryjskim wojownikiem. Aszur – bóg wojny i słońca, stwórca świata, potężny demon silniejszy od Lucyfera – nie jest moim stworzycielem. Ja piszę banalne piosenki, wojnę zamieniam w słońce. Słońce jest Kobietą, jest Matką, a nie brodatym dziadem z łukiem, który gnębi i zniewala bezbronne niewiasty.
Mnie stworzyli Małgosia i Bernard pod koniec lat sześćdziesiątych gdzieś w rozpieprzonym Gdańsku. W tym czasie Doorsi zaczynali grać swoje pierwsze próby na Venice Beach w Los Angeles.

The Doors 1966 „In the beginning we were creating our music, ourselves, every night…starting with a few outlines, maybe a few words for a song. Sometimes we worked out in Venice, looking at the surf.”

Bananowi jankesi na kalifornijskiej plaży, bohaterowie psychicznie rozdartych nastolatków komunistycznej Europy Wschodniej. Znalazłem niedawno u mojej mamy zapisany nieuporządkowany strumień świadomości w wyblakłym szesnastostronicowym zeszycie w kratkę, podpisany niebieskim długopisem: Grzegorz Nawrocki, Matematyka klasa VIII a „Ty i ja to zimna wojna światów równoległych, ciche wyniszczanie, chcę słońca i wiatru, chcę się poddać, chce przegrać, chcę zostać u Ciebie, chcę spać pod stołem w Twojej cieplej kuchni, chcę zniknąć, otwórz lufcik, niech mnie rozwieje….”, a pod spodem rozmazane napisy The Doors, The Stranglers, Brygada Kryzys i nieudacznie narysowany akt płciowy. O zgrozo! O, Jimie, gdzie jesteś, mój Ty bohaterze, gdzie jesteś, mój bracie?… Po coś mnie zaraził swą grafomanią, po coś śpiewał swym zniewalającym barytonem swe smutne miłosne piosenki?