Monthly Archives: Październik 2015

Pod nami rzeka

By | Bez kategorii | No Comments
Marek Kamiński przepłynął kajakiem Wisłę – o tym myślałem, siedząc na warszawskim bulwarze i gapiąc się na szarobrunatną wodę pędzącą wprost do Bałtyku. Marek Kamiński. Jak ja mu zazdroszczę. Wiele razy się zastanawiałem, czy można bez przeszkód przepłynąć całą Wisłę. Taka jest różnica między Markiem Kamińskim a mną. Ja się zastanawiam, on robi. Ja myślę o nieprzebytych szlakach, on nimi chodzi – cóż za wspaniała harmonia, myśli i czyny jednoczą się w jedno. Zwycięstwo ducha nad materią pod postacią nieustraszonego pana Marka. Siedząc nad Wisłą, rozmyślałem, że kiedyś miałem okazję uścisnąć prawicę tego wielkiego zdobywcy, była to jednak sytuacja ze wszech miar żenująca. Byłem wówczas po spożyciu sporej dawki południowoafrykańskiego wina. Wychodząc z wernisażu Marty Handschke, rozpoznałem postać zbliżającą się do drzwi galerii, rzuciłem się jak szczupak z wyciągniętą dłonią w kierunku wysokiego mężczyzny, krzyknąłem: Pan Marek?! On przystanął na chwilę, kiwnął potakująco głową, na co ja wystrzeliłem: Kocham Pana, szacun!!! Uśmiechnął się, potrząsnął moją dłonią i oddalił w kierunku wystawy. Marta z Kosmą zapakowali mnie do taksówki, a na resztę tej historii spuszczam kurtynę milczenia, nie chcę o tym pamiętać.
Takie oto myśli zaprzątały moją głowę, gdy spoglądałem w pieniące się wiry szarobrunatnej Wisły. Chociaż bywałem w Warszawie niezliczoną liczbę razy, pierwszy raz miałem tyle czasu, by poddać się nurtowi niczym nieskrępowanej przyrodniczej kontemplacji. Siedem dni słońca wykorzystałem do bólu. Nie „rozchodziłem butów na całodziennych spieszeniach”, raptem kilka wywiadów, kilka piw z przyjaciółmi, kawa i drożdżowe grzebienie z jabłkiem wczesnym rankiem na Żoliborzu, a przed północą parę kebabów. Resztę czasu poświęciłem mojej nowej miłości – szarobrunatnej Wiśle.
Wychowałem się nad morzem, a jedyną rzeką, którą znałem, była Martwa Wisła, gdzie ogromne maszyny piłowały statki. Istny industrial, smoliste podkłady kolejowe i rdzawe wagony na przecznicy w Gdańsku Przeróbce, gdzie spędziłem kilka dzikich lat dzieciństwa u moich kochanych dziadków, wujków, cioć i pijaków. Było cudownie, skakaliśmy na główkę z narąbanym wujkiem Jankiem do oleistego kanału, patrząc z podziwem na iskrzące się, spawane kolosy na drugim brzegu kanału. Statki większe niż wszystkie bloki, które wyrastały w Trójmieście, wielkie jak katedra oliwska, jak kościół Mariacki, zmaterializowane, majestatyczne zwieńczenie myśli inżynierów żeglugi morskiej. Byłem porażony tym pięknem i dźwiękami dobiegającymi ze stoczni, to była muzyka ogromnych metalowych istot, wielkich jak góry. Przyrody nie dostrzegałem, była tłem, liczył się tylko industrial, dymiące kominy Siarkopolu na tle promienistego błękitu nieba, ten obraz na dobre wrył mi się w moją mózgową matrycę.
Inaczej było na jelitkowskiej plaży, gdzie kąpałem się z meduzami w zimnym Bałtyku, inaczej w Sopocie, gdy pacholęciem będąc spędziłem w sanatorium pół roku, lecząc swoje nadszarpnięte chorobą stawy. Rurki z kremem na Monciaku – za nie oddałbym wszystko – i ci gładcy faceci w jasnych ubrankach, którzy niczym niewiasty dbali o swoją nieskazitelną aparycję, tego wcześniej nie znałem. Trochę jak teraz w Warszawie w modnych lokalach, gdzie królują wszechobecne brody i kitki, a w powietrzu roznoszą się zapachy męskich perfum. Jada się to, co wegańskie i organiczne, piękne Polki pochłaniają z lubością bezglutenowe ciasta. Pomyślałem: Jakim ja jestem wieśniakiem, żrę kebaby po nocach i nie mam obycia. Co prawda w Trójmieście jest masa milusich knajpeczek z kawusią wegańską i pastelową muzyczką, ja w nich jednak bywam z rzadka, bo wolę morze i lasy, a na modzie się nie znam.
Więc w eleganckiej stolicy czułem się, jak bym za granicą się znalazł, szczególnie na Żoliborzu, gdzie starsze panie i panowie noszą się z ujmującą elegancją, wyprostowani i szlachetni niczym międzywojenni poeci. Taki chciałbym być na starość, pomyślałem, lecz czy ja, dziecię plebsu, mam szansę dokonać takiej transformacji? Nawet marynarki porządnej nie mam, a w koszulach z długim rękawem jest mi za gorąco. Nie mówiąc już o gryzących kamizelkach z szetlandzkiej wełny, które nosiłem za młodu. No i czy pożyję tak długo?
Zupełnie inaczej rzecz się ma nad Wisłą, gdzie czuję się swobodnie, przestrzennie i błogo, tu sport, rekreacja, wagary, randki, i namiętne czytanie.
Na rowerach mozolnie pedałują przygrubawi spoceni faceci w obcisłych spodenkach. Wyfryzowani, jurni młodzieńcy i hałaśliwe, pewne siebie dziewczęta spacerują beztrosko. Romantyczne blondynki w jasnych prochowcach, całkowicie zanurzone w lekturze, nie zwracają uwagi na nikogo. Wędkarze przyodziani w przepocone moro moczą swoje cieniutkie wędki, znudzeni czekając na swoje ofiary. Policyjna motorówka dryfuje bez sensu, co oni tam robią w ten słoneczny dzień, może jedzą kanapki? I to za nasze pieniądze, za nasze podatki!
Myślałem o litrach wiślanej wody, które wypił podczas swojej wyprawy Marek Kamiński, o moim dziadku Bernardzie, z którym spaliliśmy sobie plecy, gdy on sączył gorzki płyn, a ja oranżadę w upalne południe przy ujściu Wisły. Myślałem o tysiącach par oczu wpatrujących się w tej chwili w tę samą, a jednak zawsze inną płynącą rzekę. Myślałem o miłych Hindusach, których spotkałem na Przylądku Dobrej Nadziei, w miejscu, gdzie mieszają się ze sobą dwa oceany, o gejowskiej plaży w Cape Town, gdzie wylądowaliśmy nieświadomi niczego z pięknym młodziutkim Kosmą, który stał się obiektem kilkunastu spojrzeń.
Myślałem o kilkugodzinnej jeździe rozklekotanym autobusem wzdłuż turkusowej rzeki w Sikkime u podnóża Himalajów, o Marcie, która jest teraz na obiedzie z jakimś facetem w Gdańsku nad Motławą, o cioci Teresie, rdzennej Kaszubce, która wczoraj opuściła naszą planetę, (kochała dobrze zjeść i pośpiewać sobie na niedzielnych nieszporach), o smakowitych kopytkach z leśnymi grzybami na kolacji u Zuzy i Bartka na Mokotowie. Myślałem też o Pawle Nowickim, który mieszka w Gdańsku Brzeźnie we wspaniałym poniemieckim zamczysku dwieście metrów od morza. Tam z Kobietami mieliśmy próby przez kilka lat, było cudownie, w przerwach pochłanialiśmy kotlety jajeczne w barze Perełka. To właśnie Paweł przyniósł na próbę minimalistyczny, hipnotyczny utwór, który umieściliśmy na naszej ostatniej płycie. Pod nami rzeka – tak go nazwałem, z tym mi się kojarzy, z płynącą rzeką pod nami, z rzeką myśli, odczuć, tęsknot i namiętności. Płynące obrazy, nieustające myśli o przeszłości i przyszłości. Płynące obrazy bez żadnej substancji, fotografie mózgu, miasta, ludzie, powietrze i woda w nieustającym ruchu. Tak jak Wisła, która zatrzymała mnie w jednym momencie. W jednej chwili byłem całkowicie kontent. Zupełnie poddałem się nurtowi rzeki, niczego nie chciałem, tylko siedzieć i gapić się w szarobrunatną wodę, czuć słońce na twarzy i słyszeć krzyczące gawrony unoszące się na wietrze, to był cały mój kosmos. Mówię to w czasie przeszłym, ale czas nie istnieje, rzeka pod nami wciąż płynie, jest nieskończona. Wróciłem do Trójmiasta i słyszę dzwony kościelne bijące w Mgowie, siedzę w Warszawie nad Wisłą, gapiąc się na wzburzone wiry, ciocia Teresa pasie krowy na wiecznych pastwiskach, ubija tłuste masło, a Marek Kamiński wciąż idzie szlakiem świętego Jakuba do Santiago de Compostela, zdobywa dwa bieguny i płynie kajakiem do Gdańska.

LSD u krawca Wiśniewskiego

By | Bez kategorii | No Comments
Wynika to chyba ze zmęczenia, ale ostatnio miewam momenty, gdzie sen miesza się z realem, a stare duchy przeszłości powracają w nowych okolicznościach miejskich. Siedzę w gdyńskiej knajpie „Śródmieście“, na ulicy, na której się wychowałam. Rozkoszuję się niedzielnym, wrześniowym słońcem ocieplającym stare mury. Na przeciwko widzę sklep z winami i czytam maksymę: oszczędzaj wodę, pij wino. Nawet to do mnie przemawia. Miejsce, w którym teraz znajduje się winiarnia, powracało często w moich snach, jako zakład krawiecki, właścicielem którego był młody rudy żyd. O co chodzi? Kompletnie nie wiem, bo do Gdyni przybyło chyba niewielu Żydów. Patrzę na tę ulicę przez nagrzaną szybę i jestem pewna, że był tam zakład krawiecki. Ulica taka sama, jak za moich czasów, nawet ściany domów pozostały tak samo szare, tylko ludzie w knajpie inni. Miejsce zmęczonych komuną obywateli PRL-u, zajęli młodzi, mili hipsterzy i pary z dziećmi. Słuchając ich chwilę, mam smutne wrażenie, że niewiele mają sobie i swoim maluchom do powiedzenia. Większość zatopiona w małych, błękitnych ekranach. Nie zamierzam jednak narzekać, bo chcę kochać wszystkie istoty tak samo i raz na zawsze pozbyć się paskudnego nawyku narzekania, zwłaszcza, że rozczula mnie niewinność młodości. Myślami powracam do duchów z przeszłości, tajemniczego krawca ze snu i łączę osnowę z wątkiem…
Moja prababcia była krawcową, moja babcia jest krawcową, moja mama czasem uszyła spódnicę z kontrafałdą. Nie mogło być inaczej, również i ja musiałam zapisać się na kurs kroju i szycia, żeby snuć dalej tę pokoleniową nić. A kurs oczywiście odbywa się jedną ulicę dalej od miejsca, w którym aktualnie obiaduję, w pobliżu zakładu słynnego krawca z Gdyni, pana Wiśniewskiego, który uszył mi kiedyś marynarkę taką, że nigdy potem…
I tak to siedzę sobie w gdyńskiej knajpie „Śródmieście“, w zagłębiu krawiectwa z sennych marzeń, zajadam się zupą z pietruszki i selera oraz rozkoszuję hipsterskim humusem. Kontempluję stare, szare mury, które mają w pamięci wietrzne gdyńskie lata, pielgrzymkę papieża Jana Pawła do Gdyni, codzienną moją drogę do szkół przeróżnych, nostalgię jesieni i walkę o przetrwanie zimą, wiatr który hula od morza, papierosowy dym w „Cyganerii“, rozruchy i płonące race latem 1980, szubienice wyrysowane czerwonym pisakiem przy numerach mieszkań w naszej windzie, wódkę na ósmym piętrze, po której strasznie się rzygało oraz krawiectwo lekkie i ciężkie w zakładzie najsłynniejszego krawca na świecie, pana Wiśniewskiego. I smutno mi jakoś, choć wiem, że to wszystko jest snem. Żal mi starych wełnianych materiałów i kunsztu, który już zanika. Nigdy nie brałam LSD, ale tak chyba ten stan wygląda. Ponoć Chińczycy, gdy kupują nowy dom, obijają ściany kijami, żeby wygnać z nich wszystkie wspomnienia. Jestem pewna, że ściany domów miast posiadają pamięć i może dobrze byłoby czasem zrobić im taki reset. Gdyńskie dzieciaki byłyby szczęśliwsze. Pojawia się jednak myśl kusząca, aby szukać dalej w sennej bezużytecznej przeszłości śladów tożsamości i plemiennej przynależności, więc jeśli ktoś z Was zna rzetelne źródło informacji o szczegółowej historii najstarszych gdyńskich ulic, to napiszcie proszę do mnie.